Anthony de Mello twierdził, że zmiana zaczyna się od zobaczenia, nie od wysiłku. Sprawdzamy, co na to nauka: błądzenie myśli, interocepcja, uważność.

Anthony de Mello — indyjski jezuita, psychoterapeuta i jeden z najchętniej czytanych w Polsce autorów duchowych — powtarzał na rekolekcjach rzecz, która brzmi jak prowokacja: większość ludzi przechodzi przez życie we śnie. Nie w sensie metaforycznym, tylko bardzo dosłownym. Jemy, rozmawiamy, prowadzimy samochód, kłócimy się i martwimy, a przez większą część tego czasu nas tam nie ma. Jesteśmy w głowie, w jutrze, we wczorajszej rozmowie, w scenariuszu, który się nigdy nie wydarzy.

Przez dekady takie zdania można było zbyć jako pobożną retorykę. A potem psychologowie z Harvardu rozdali tysiącom ludzi aplikację, która w losowych momentach dnia pytała ich, o czym myślą — i wyszło, że przez prawie połowę czasu czuwania jesteśmy myślami gdzie indziej niż nasze ciało. I że właśnie w tych chwilach jesteśmy mniej szczęśliwi. Kiedy czyta się to obok „Przebudzenia”, trudno nie mieć wrażenia, że ktoś tu kogoś wyprzedził o ćwierć wieku.

Ten tekst nie jest laurką dla de Mella ani rekolekcjami. Sprawdzamy, które z jego intuicji o świadomości nauka potwierdziła, które skomplikowała, a które pozostają po stronie duchowości i światopoglądu. Z góry jedna granica: praca ze świadomością to wsparcie dobrostanu, a nie leczenie. Jest komplementarna, nie alternatywna — przy objawach depresji, lęku czy traumy pierwszą instancją jest lekarz lub psychoterapeuta, i do tego wrócimy konkretnie.

Kim był Anthony de Mello i dlaczego wokół niego wciąż jest spór

Anthony de Mello urodził się 4 września 1931 roku w Bombaju, w katolickiej rodzinie, i jako szesnastolatek wstąpił do zakonu jezuitów. Studiował filozofię w Barcelonie, psychologię na Uniwersytecie Loyoli w Chicago i teologię duchowości na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. To połączenie — zakonnik z dyplomem z psychologii — jest kluczem do całej jego twórczości. W 1973 roku założył w Pune Instytut Sadhana, ośrodek duszpasterstwa i poradnictwa, przeniesiony kilka lat później do Lonavli. Próbował tam łączyć ćwiczenia duchowe św. Ignacego z metodami modlitwy Wschodu i z tym, czego nauczył się w gabinecie terapeuty.

Zmarł nagle 2 czerwca 1987 roku w Nowym Jorku, podczas wyjazdu z konferencjami na Uniwersytecie Fordham. Najważniejsza dla polskiego czytelnika książka, Przebudzenie (oryg. „Awareness”), nie została przez niego napisana w zwykłym sensie — to zredagowany po jego śmierci zapis rekolekcji, przygotowany przez jego współpracownika J. Francisa Strouda. W Polsce pierwsze wydanie ukazało się w 1992 roku i od tamtej pory ta książka krąży z rąk do rąk w wersjach papierowych, elektronicznych i audio. Jego wcześniejsza „Sadhana” została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków.

Uczciwość wymaga dodać jedno. W czerwcu 1998 roku watykańska Kongregacja Nauki Wiary, której prefektem był wówczas kardynał Joseph Ratzinger, wydała notyfikację w sprawie pism de Mella. Uznała w niej część jego tez — m.in. przedstawianie Jezusa jako jednego z wielu mistrzów i rozumienie zła jako niewiedzy — za niezgodne z wiarą katolicką. Dla części czytelników to istotna informacja, dla innych nie. My piszemy o de Mellu nie jako o autorytecie religijnym, tylko jako o kimś, kto z niezwykłą przenikliwością opisał psychologię uwagi. Ocenę teologiczną zostawiamy tym, do których należy.

Przebudzenie po de Mellowsku: najpierw zobaczyć, potem zmieniać

Sedno jego nauczania da się streścić w jednym zdaniu, które powtarzał na wiele sposobów: nie zmieniasz tego, czego nie widzisz. Większość z nas próbuje naprawiać swoje życie wysiłkiem — postanowieniami, dyscypliną, walką z nawykami. De Mello odwracał kolejność. Najpierw trzeba zobaczyć, co się naprawdę dzieje: jaka myśl, jakie przywiązanie, jaki lęk napędza dane zachowanie. Samo zobaczenie — bez potępiania i bez usprawiedliwiania — według niego już coś zmienia.

Najbardziej znana ilustracja tej myśli to przypowieść, którą de Mello opowiadał w wielu wariantach: o orle wyklutym w kurniku. Ptak wychowany wśród kur grzebie w ziemi, gdacze i przez całe życie patrzy z zachwytem na orły szybujące nad podwórkiem, ani razu nie podejrzewając, że jest jednym z nich. Umiera przekonany, że jest kurą — bo tak mu powiedziano i nigdy tego nie sprawdził. To nie jest opowieść o pozytywnym myśleniu. To opowieść o tym, jak etykiety, które przyjęliśmy bez zastanowienia, potrafią zastąpić nam rzeczywistość.

Ten mechanizm opisaliśmy z perspektywy psychologii w tekście o tym, jak działa samospełniająca się przepowiednia. De Mello dochodził do tego samego od strony duchowej: przekonania o sobie nie tylko opisują nasze życie, ale je kształtują.

Dla zdrowia ma to bardzo praktyczne konsekwencje. Napięcie w barkach, które nosisz od lat, zaciśnięta szczęka, płytki oddech przy biurku — to wszystko są rzeczy, których zwykle nie zauważamy, dopóki nie zaczną boleć. Pierwszym krokiem nie jest więc kolejny suplement ani nowa metoda, tylko zauważenie. Brzmi banalnie. Nauka pokazuje, że wcale takie nie jest.

7 odkryć nauki, które brzmią jak jego rekolekcje

1. Przez prawie połowę dnia jesteś gdzie indziej

W 2010 roku Matthew Killingsworth i Daniel Gilbert z Uniwersytetu Harvarda opublikowali w „Science” badanie, które stało się klasykiem. Około 2250 dorosłych zainstalowało aplikację, która w losowych momentach dnia pytała: co teraz robisz, jak się czujesz i czy myślisz o tym, co robisz. Zebrano w ten sposób ćwierć miliona próbek z codziennego życia.

Wynik: przez 46,9% czasu czuwania ludzie myśleli o czymś innym niż to, co akurat robili. Co ważniejsze — w chwilach takiego błądzenia myśli deklarowali mniejsze zadowolenie niż wtedy, gdy byli skupieni na bieżącej czynności, nawet jeśli ta czynność była nudna. Autorzy podsumowali to zdaniem, które mogłoby otwierać „Przebudzenie”: ludzki umysł jest umysłem błądzącym, a umysł błądzący jest umysłem nieszczęśliwym. Analiza czasowa sugerowała, że to raczej błądzenie poprzedza spadek nastroju niż odwrotnie, choć badanie korelacyjne nie dowodzi przyczynowości. Pełny artykuł w „Science”.

2. Mózg ma dwa tryby opowiadania o sobie

W 2007 roku zespół Normana Farba z Uniwersytetu w Toronto zbadał w rezonansie magnetycznym, co dzieje się w mózgu, gdy myślimy o sobie na dwa różne sposoby. Pierwszy tryb to narracja: „jaki jestem, co to o mnie mówi, co z tego wyniknie”. Drugi to doświadczenie: co czuję w tej chwili, w ciele, w zmysłach, bez komentarza.

Tryb narracyjny angażował struktury linii środkowej mózgu, w tym przyśrodkową korę przedczołową — ten sam obszar, który jest częścią tak zwanej sieci stanu spoczynkowego, aktywnej, gdy myśli dryfują. Tryb doświadczeniowy dawał inny wzór aktywności, a u osób po ośmiotygodniowym treningu uważności te dwa tryby rozdzielały się wyraźniej. Innymi słowy: „ja, który opowiada o sobie” i „ja, który po prostu doświadcza” to w pewnym sensie dwa różne obwody. De Mello nazwałby to różnicą między myśleniem o życiu a przeżywaniem go.

3. Nazwać — znaczy osłabić

Matthew Lieberman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles pokazał w 2007 roku, że samo nazwanie emocji, którą widzimy na zdjęciu twarzy („złość”, „strach”), wycisza aktywność ciała migdałowatego — struktury, która podnosi alarm — w porównaniu z sytuacją, gdy tylko patrzymy. Zjawisko to nazywa się nazywaniem emocji i dziś jest jednym z najlepiej opisanych mechanizmów regulacji.

To bardzo bliskie temu, co de Mello mówił o świadomości: nie walcz z uczuciem, zobacz je i nazwij. Szerzej o tym, dlaczego tłumienie działa odwrotnie niż nazywanie, piszemy w artykule o tłumieniu emocji i jego objawach w ciele.

4. Interocepcja — szósty zmysł, o którym nie uczą w szkole

Mówimy o pięciu zmysłach, ale nauka od lat opisuje szósty: interocepcja, czyli odbieranie sygnałów z wnętrza ciała — bicia serca, oddechu, głodu, napięcia mięśni, ucisku w żołądku. To właśnie ona jest biologicznym fundamentem tego, co potocznie określamy słowami świadomość ciała.

I tu robi się naprawdę ciekawie. Zespół Sarah Garfinkel z Uniwersytetu Sussex wykazał w 2015 roku, że interocepcja ma co najmniej trzy różne wymiary, które nie muszą iść w parze. Pierwszy to dokładność: czy w teście faktycznie poprawnie wyczuwasz swoje uderzenia serca. Drugi to subiektywne przekonanie, że dobrze czujesz swoje ciało. Trzeci to wgląd: czy wiesz, kiedy się mylisz. U większości badanych te wymiary się rozjeżdżały — były zbieżne głównie u osób o najwyższej dokładności.

Wniosek, który zaskakuje: można być przekonanym, że bardzo dobrze słyszy się swoje ciało, i jednocześnie odczytywać je błędnie. U osób z lękiem i napadami paniki uwaga skierowana na ciało bywa wręcz podwyższona — tyle że jest to uwaga czujna, alarmowa, która każde szybsze uderzenie serca interpretuje jako zagrożenie. Świadomość ciała, o którą chodziło de Mellowi, to coś innego: uważne, spokojne zauważanie, a nie nasłuchiwanie z niepokojem.

5. To, czego się spodziewasz, zmienia to, co czujesz

Badania nad placebo i nocebo pokazują, że oczekiwania potrafią realnie zmieniać odczuwanie bólu, zmęczenia czy nudności — i że nie jest to „wyobrażanie sobie”, tylko mierzalne procesy w układzie nerwowym. Opisujemy to szczegółowo w tekście o tym, jak działa efekt placebo. Z perspektywy de Mella to kolejny dowód na to, że nieuświadomione przekonania nie są neutralne. Pracują w Tobie, czy je widzisz, czy nie — a zobaczenie ich daje przynajmniej szansę na wybór.

6. Uważność działa — ale skromniej, niż obiecują aplikacje

Tu potrzebna jest dawka trzeźwości. W 2014 roku zespół Madhava Goyala z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa przeanalizował 47 randomizowanych badań klinicznych z udziałem 3515 osób, sprawdzając, co programy medytacyjne robią ze stresem i samopoczuciem. Wynik: programy, w których rdzeniem jest uważność — czyli trening nieoceniającej uwagi skierowanej na chwilę obecną — dawały małą, ale realną poprawę w zakresie lęku, depresji i bólu, przy umiarkowanej sile dowodów. W przypadku samego stresu i jakości życia dowody były słabsze. Programy medytacji mantrowej nie poprawiły żadnego z badanych wskaźników — choć tu z kolei dowodów było po prostu za mało, żeby cokolwiek przesądzić. Metaanaliza w JAMA Internal Medicine.

Małe efekty nie znaczą „bezużyteczne”. Znaczą: to narzędzie, nie cudowna kuracja. I że uważność nie okazała się w tych badaniach lepsza od innych aktywnych form wsparcia, takich jak ćwiczenia fizyczne czy terapia. De Mello zresztą nigdy nie sprzedawał świadomości jako techniki na lepsze samopoczucie — mówił o niej jak o sposobie widzenia.

7. Świadomość nie zawsze jest przyjemna

To odkrycie najrzadziej trafia do poradników. W 2017 roku Jared Lindahl i Willoughby Britton z Uniwersytetu Browna opublikowali w „PLOS ONE” badanie, w którym rozmawiali z blisko setką praktykujących medytację i nauczycieli z trzech tradycji buddyjskich. Zebrali 59 rodzajów trudnych doświadczeń związanych z praktyką i pogrupowali je w siedem obszarów: myślenie, percepcja, emocje, ciało, motywacja, poczucie „ja” i relacje z ludźmi. Wśród nich były nasilony lęk, wracające wspomnienia, zaburzenia snu i poczucie odrealnienia. Badanie w „PLOS ONE”.

To nie jest argument przeciwko uważności. To argument za tym, żeby traktować ją poważnie — jak każde narzędzie, które realnie działa na układ nerwowy. Coś, co ma moc pomóc, ma też moc poruszyć rzeczy, na które nie jesteśmy gotowi.

Jak widziała to medycyna chińska

Tradycyjna medycyna chińska nie ma słowa „uważność” w dzisiejszym znaczeniu, ale ma bardzo rozbudowany język opisu tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy jego uwaga się rozprasza. W ujęciu TCM świadomość i jasność umysłu łączy się z pojęciem shen — często tłumaczonym jako „duch” — które według tej tradycji „mieszka” w sercu. Spokojne serce to w tym obrazie jasny umysł; serce wzburzone to myśli, które nie mogą znaleźć miejsca.

Jeszcze ciekawszy jest drugi wątek. Tradycja chińska wiązała nadmierne rozmyślanie — krążenie wokół tych samych myśli, zamartwianie się, analizowanie bez końca — ze śledzioną, narządem odpowiedzialnym w tym systemie za „trawienie” nie tylko pokarmu, ale też doświadczeń. Gdy myśli krążą, śledziona się „męczy”, a człowiek czuje ciężkość, senność i brak apetytu. Dla współczesnego czytelnika to brzmi jak zaskakująco trafny opis tego, co psychologia nazywa ruminacją. Więcej o tym, jak TCM łączyła pięć narządów z pięcioma emocjami, piszemy w tekście o tym, gdzie mieszkają emocje w ciele.

Do tego dochodzi obraz, który zna każdy, kto czytał klasyków taoizmu. Zhuangzi porównywał umysł mędrca do lustra: odbija wszystko, co staje przed nim, niczego nie zatrzymuje i niczego nie odpycha. Trudno o lepszą ilustrację tego, czym jest świadomość w rozumieniu de Mella. Traktujemy to jako interpretację i tradycję — piękną, inspirującą, ale nie jako twierdzenie o skuteczności klinicznej.

Co wiedziała tradycja słowiańska

Polszczyzna przechowała ślad tej samej intuicji w języku. Staropolskie „baczyć” znaczyło jednocześnie „uważać” i „zauważać” — stąd „baczność”, „pobaczyć”, „mieć na coś baczenie”. Uwaga nie była w tym słowie wysiłkiem, tylko sposobem patrzenia.

W wiejskiej tradycji uzdrowicielskiej — od zamawiaczek po szeptuchy, które przetrwały do dziś na Podlasiu — ogromną rolę odgrywało nazwanie dolegliwości. Zanim cokolwiek „zamówiono”, trzeba było powiedzieć, co to jest: urok, strach, „przestrach” po wypadku, zazdrość sąsiadów. Dziś patrzymy na te praktyki jako na dziedzictwo kulturowe, a nie metodę leczenia. Ale trudno nie zauważyć zbieżności z badaniem Liebermana: nazwane traci część władzy. Dawne „urzeczenie” było zresztą zaskakująco trafną intuicją tego, że cudze spojrzenie i napięcie społeczne potrafią fizycznie przygnieść człowieka.

Jest też przysłowie, które w kontekście de Mella zyskuje nowy sens: „Mądry Polak po szkodzie”. Zwykle czytamy je jako przytyk. Można je czytać też jako opis tego, jak działa nieuważność — zauważamy dopiero wtedy, gdy ciało albo życie wystawi rachunek. Przebudzenie w tym ujęciu to po prostu próba zobaczenia trochę wcześniej.

Duchowość to nie zdobywanie czegoś nowego, tylko przebudzenie — zobaczenie tego, co już jest.

— parafraza myśli Anthony'ego de Mello z „Przebudzenia”

Warto przy okazji rozprawić się z jednym popularnym mitem. Zdanie „między bodźcem a reakcją jest przestrzeń, a w tej przestrzeni nasza wolność” krąży w internecie podpisane nazwiskiem Viktora Frankla. Nie udało się go jednak odnaleźć w pismach Frankla — spopularyzował je Stephen Covey, który sam przyznawał, że nie pamięta, w jakiej książce je przeczytał. Myśl jest dobra. Atrybucja — nie. To zresztą bardzo w duchu de Mella: sprawdzić, zanim się uwierzy.

Praktyka: 5 sposobów, by zacząć się budzić już dziś

Świadomość nie wymaga wyjazdu na odosobnienie ani godzinnej medytacji. Badania nad błądzeniem myśli i interocepcją podsuwają kilka bardzo prostych ćwiczeń, które możesz wpleść w zwykły dzień.

  1. Trzy pytania w ciągu dnia. Ustaw w telefonie trzy przypomnienia o losowych porach — jak w badaniu Killingswortha. Gdy zadzwonią, zadaj sobie pytania: gdzie jestem myślami? Co czuję w ciele? Jak oddycham? Bez oceniania, tylko notując. Po tygodniu zobaczysz, jak wygląda Twoje błądzenie myśli i kiedy nasila się najbardziej.
  2. Nazwij to jednym słowem. Gdy czujesz napięcie, powiedz w myślach, co to jest: „złość”, „niepokój”, „zmęczenie”, „żal”. Jedno słowo. Nazywanie emocji to najprostsza forma regulacji, jaką zna nauka — badacze mówią o nim wprost: nazywanie emocji osłabia alarm.
  3. Minuta doświadczenia zamiast narracji. Raz dziennie przez minutę rób coś zwykłego — pij herbatę, myj ręce — i rejestruj tylko wrażenia: temperaturę, zapach, ciężar kubka. Gdy pojawi się komentarz („nudne”, „po co to”), zauważ go i wróć do wrażeń.
  4. Skan ciała z ciekawością, nie z czujnością. Przejdź uwagą od stóp do głowy i zapytaj: gdzie jest napięcie? Nie szukaj objawów choroby, szukaj informacji. Jeśli zauważysz, że oddychasz płytko, tekst o tym, dlaczego płytki oddech jest najcichszym nawykiem stresu, podpowie, co z tym zrobić.
  5. Jeden wydłużony wydech. Gdy zauważysz, że myśli odpływają w czarny scenariusz, zrób jeden spokojny, dłuższy wydech. Wydłużony wydech wspiera aktywność przywspółczulną — opisujemy to w artykule o nerwie błędnym.

Jeśli chcesz pójść dalej, dobrym kierunkiem jest praca z kimś, kto zna techniki oparte na ciele: terapeutą somatycznym, nauczycielem oddechu, praktykiem pracującym z uważnością. Jak sprawdzić, czy ktoś jest rzetelny, opisaliśmy w tekście o tym, jak wybrać dobrego terapeutę holistycznego. Zweryfikowanych praktyków znajdziesz w katalogu RealHealers.

Czego z tego nie wolno wyciągnąć

Po pierwsze, że świadomość wszystko załatwi. Zobaczenie problemu jest pierwszym krokiem, nie ostatnim. Depresja nie mija od samego zauważenia, a ból przewlekły wymaga diagnozy. De Mello był psychoterapeutą i dobrze wiedział, że wgląd bez wsparcia bywa za mało.

Po drugie, że jeśli „nie umiesz” medytować, robisz coś źle. Błądzenie myśli jest normą, a nie porażką — dotyczy prawie połowy czasu czuwania u zwykłych ludzi. Praktyka polega na zauważaniu, że odpłynąłeś, a nie na tym, żeby nie odpływać.

Po trzecie, że nauka „potwierdziła” duchowość de Mella. Nie potwierdziła. Pokazała, że niektóre z jego obserwacji o uwadze, przekonaniach i nazywaniu uczuć mają odpowiedniki w mierzalnych procesach psychologicznych. Pytania o sens, Boga i zbawienie pozostają poza zasięgiem rezonansu magnetycznego — i dobrze, że tak jest.

I po czwarte, że to tekst o religii. Nie jest. To tekst o tym, że najstarsza rada świata — „obudź się, zobacz, co robisz” — okazała się jedną z najlepiej opisanych przez współczesną psychologię. Możesz po nią sięgnąć bez względu na to, w co wierzysz.

Najczęściej zadawane pytania

Kim był Anthony de Mello?

Anthony de Mello (1931–1987) był indyjskim jezuitą, psychoterapeutą i autorem książek duchowych. Założył Instytut Sadhana w Indiach, gdzie łączył ćwiczenia duchowe św. Ignacego z metodami modlitwy Wschodu i psychologią. Jego najbardziej znane książki w Polsce to „Przebudzenie”, „Sadhana” i „Modlitwa żaby”.

O czym jest książka „Przebudzenie”?

To zapis rekolekcji de Mella, zredagowany po jego śmierci przez J. Francisa Strouda. Główny temat to świadomość: zobaczenie własnych przekonań, przywiązań i lęków bez oceniania. Autor twierdzi, że większość ludzi żyje „we śnie”, a prawdziwa zmiana zaczyna się od zauważenia, nie od wysiłku.

Dlaczego Kościół zastrzegł się wobec pism de Mella?

W 1998 roku Kongregacja Nauki Wiary wydała notyfikację, w której uznała część jego tez — między innymi przedstawianie Jezusa jako jednego z wielu mistrzów — za niezgodne z wiarą katolicką. Nie odbiera to wartości jego obserwacjom psychologicznym, ale osoby szukające w jego książkach wykładu katolickiej doktryny powinny o tym wiedzieć.

Czy nauka potwierdza to, co de Mello mówił o świadomości?

Częściowo. Badania pokazują, że przez prawie połowę dnia błądzimy myślami i że wtedy jesteśmy mniej szczęśliwi, że nazwanie emocji obniża aktywność ośrodków alarmowych w mózgu i że uważność daje małą, ale realną poprawę przy lęku i depresji. Nauka nie potwierdza natomiast duchowych ani religijnych tez de Mella — to inny poziom pytań.

Co to jest interocepcja?

Interocepcja to zdolność odbierania sygnałów z wnętrza ciała: bicia serca, oddechu, głodu, napięcia mięśni. Nazywa się ją czasem szóstym zmysłem. Badania pokazują, że ma kilka wymiarów — dokładność, subiektywne przekonanie i wgląd — które nie zawsze idą w parze. Można więc mieć wrażenie, że dobrze czujesz swoje ciało, i mimo to odczytywać je błędnie.

Czy medytacja może zaszkodzić?

U większości osób krótkie, łagodne praktyki uważności są bezpieczne. Badanie Lindahla i Britton z 2017 roku opisało jednak 59 rodzajów trudnych doświadczeń związanych z medytacją, w tym nasilony lęk, wracające wspomnienia i poczucie odrealnienia. Osoby po traumie lub z historią zaburzeń psychicznych powinny zaczynać pod okiem specjalisty.

Od czego zacząć, jeśli chcę ćwiczyć świadomość?

Od rzeczy małych: trzech przypomnień w ciągu dnia z pytaniem „gdzie jestem myślami?”, nazywania emocji jednym słowem i minuty uważnego wykonywania zwykłej czynności. Regularność ma większe znaczenie niż długość sesji. Jeśli chcesz pracować głębiej, poszukaj praktyka, który zna techniki oparte na ciele i jasno mówi o granicach swojej metody.

Co na to medycyna chińska?

W ujęciu TCM jasność umysłu łączy się z pojęciem shen, które według tej tradycji mieszka w sercu, a nadmierne rozmyślanie i zamartwianie się wiązano ze śledzioną. Taoistyczny klasyk Zhuangzi porównywał umysł mędrca do lustra, które niczego nie zatrzymuje. To interpretacja tradycyjna, a nie twierdzenie o skuteczności klinicznej.

Źródła

  1. Killingsworth i Gilbert (2010) — A Wandering Mind Is an Unhappy Mind (Science)
  2. Goyal i in. (2014) — Meditation Programs for Psychological Stress and Well-being (JAMA Internal Medicine)
  3. Lindahl i in. (2017) — The varieties of contemplative experience (PLOS ONE)
  4. Kongregacja Nauki Wiary (1998) — Notyfikacja w sprawie pism o. Anthony'ego de Mello

Czytaj dalej